La dolce vita

La dolce vita

Moja babcia zawsze mawiała: słodkie życie słono kosztuje. Może i tak, ale czy można przeżyć życie na gorzko? Hm…. Może zadam inaczej pytanie. Czy warto przeżyć życie na gorzko?

 W 1960 r. pojawił się film Federica Felliniego La dolce vita opowiadający o tygodniu z życia niezbyt aktywnego rzymskiego dziennikarza, który zajmuje się dostarczaniem pikantnych szczegółów  z życia gwiazd. Poszukiwał on szczęścia i miłości, jednak bezskutecznie. Mówią, że świat jest piękny, ale jak może być piękny, skoro wystarczy nacisnąć jeden guzik i wszystko zamienia się w chaos”. No tak, ale na ten chaos trzeba sobie zasłużyć.

„Każdy jest kowalem własnego losu” Appiiusz Klaudiusz Caecus

Początkowo głównego bohatera – dziennikarza fascynuje świat ludzi całkowicie wolnych od trosk materialnych, jednak z czasem uświadamia sobie, że ten świat ma drugie, mroczne dno. Poszukiwanie sensu życie – to staje się myślą przewodnią filmu. Dodatkowo tłem filmu jest Rzym.

Uwielbiam włoskie filmy. Uwielbiam włoską kulturę, kuchnię, modę, historię, filozofię i podziwiam piękne krajobrazy Włoch. Jeśli miałabym wybrać miejsce na ziemi, gdzie mogłabym zamieszkać byłby to Rzym. Cieszy mnie fakt, że włoski szyk dał o sobie znać w obecnych trendach. Spódnice z falbanami, sukienki w kwiaty, okulary muchy, czy kratka vichy. Versace, Dolce & Gabbana, Giorgio Armani, Nino Cerruti, Anna Fendi, Nina Ricci, Valentino Garavani, Coccinelle, Diesel, Moschino, Trussardi, Max Mara, Fila i wiele innych – ich kolekcje zachwycają mnie. Pamiętam jak Gośka zadzwoniła do mnie przed naszym wyjazdem do Rzymu – zróbcie klik (relacja) i powiedziała: obok naszego hotelu jest Benetton, uwzględnij to w planach :). W zasadzie już drugiego dnia tam byłyśmy.

Pamiętacie film z Audrey Hepburn “Rzymskie wakacje“? Cudowny…. bardzo podoba mi się włoska interpretacja mody w wykonaniu A. Hepburn: koszula z krótkim rękawem i apaszka na szyi. W tym wpisie pokażę Wam moją interpretację tych elementów garderoby. Spódnicę za kolano zamienię na szorty, a koszulę zawiążę w pasie.

Ale zanim przejdę do większej ilości zdjęć opowiem Wam pewną historię. Taki mój włoski akcent w mojej kronice “wypadków” modowych. Któregoś pięknego letniego dnia w Mediolanie miałam zaplanowaną sesję zdjęciową z fotografem zwanym Prisco. O 9.00 rano stałam już u progu jego kamienicy nerwowo dzwoniąc do drzwi. Drzwi otworzyły się i wyłoniła się zza nich głowa bez śladu włosa, z wielkim uśmiechem. Uśmiech nagle zniknął i pomyślałam sobie: cholera, pewno stwierdził, że nie nadaję się do jego zdjęć. Że nie tego się spodziewał.  Cóż, człowiek patrzy na siebie codziennie w lustrze i jest przyzwyczajony do swojej gęby i musi wziąć pod uwagę fakt, że nie wszystkim się ona spodoba….. a zwłaszcza jest poddawana ocenie w modelingu. Zmierzył mnie, oglądnął, jakby miał zamiar kupować klacz od hodowcy koni i chrząknął – Hm….. – następnie padła litania po włosku i na szczęście nic z tego nie zrozumiałam. Pomyślałam przez chwilę, jak czuli się czarnoskórzy niewolnicy w XVIII w., których wystawiano na targu jak zwierzęta…… oglądani, sprawdzani, czy nadają się do pracy np. na plantacji.  Chciałam już się zapytać, czy zęby też chce sprawdzić, gdy padło stwierdzenie po angielsku:

– Choć zobaczymy co wybierzemy dla ciebie.

I poszłam. Wybraliśmy kila ubrań, zostało zrobionych kilkanaście zdjęć, a może więcej.  I szczęśliwa opuściłam kamienicę fotografa, bo nasza wspólna współpraca była dość ciężka, drażniąca i dało się wyczuć nutkę ciągłego niezadowolenia z obu stron. To był jeden z tych dni, które nie mogę zaliczyć do udanych w mojej modowej kronice.  

Dla mojej wymęczonej psychiki,  w ramach zadośćuczynienia poszłam na pizzę i  duży deser lodowy, który w żaden sposób mi nie pomógł. Była to chwila krótkotrwałego relaksu połączonego z długoterminowym wyrzutem sumienia, bo jeszcze czując smak pizzy i czekolady odebrałam telefon, że pan Prisco jest zachwycony zdjęciami i chce jutro zrobić kolejne zdjęcia w plenerze ze mną w roli głównej. Spojrzałam na swój wydęty brzuch i przytaknęłam grzecznie na zaplanowaną sesję dwoma słowami, które bardzo trudno przeszły mi przez gardło: Dobrze, będę.

O 9.00 rano ponownie stanęłam u progu kamienicy. Zadzwoniłam. Prisco wyleciał z kamienicy z rozpostartymi rękoma, jakby zobaczył starego, dobrego przyjaciela. – Bella….

Przez chwilę zastanawiałam się, czy czasami nie stoi ktoś inny za moimi plecami i w jego kierunku fotograf biegnie. Odwróciłam odruchowo głowę, ale na ulicy nie było żywej duszy. Z ciężkim sercem stwierdziłam, że on to tak do mnie biegnie. – Bella….

Jego podekscytowanie moją osobą urosło jeszcze bardziej, gdy moim oczom ukazały się zdjęcia z sesji, które mi pokazywał mówiąc coś po włosku. Były całkiem ciekawe. Patrzyłam na te zdjęcia i myślałam kim jest ta dziewczyna w babcinych chustach,  „szmatkowatych” sukienkach, dziwnych kapeluszach i skórzanej kurtce, z czerwoną szminką na ustach.  Poniekąd byłam nią ja. I wtedy doświadczyłam poznania epistemologicznego mojej natury: jestem jak kameleon, mam plastyczną twarz i pasuję do wielu sesji. Prisco przytaknął na to z uśmiechem i dodał: dlatego robimy kolejną sesję.

Prisco dał mi niebieską sukienkę, wskazał buty, które mam ubrać, wymalował mnie i ukręcił na mojej głowie dziwny kok. Zapakował aparat i wyszliśmy z kamienicy. Załadował się na skuter i wskazał miejsce za nim.

– Że co? Że ja mam się zmieścić z tobą na tym skuterze, w obcisłej sukience?

– Wsiadaj, nie marudź – skinął głową.

Westchnąwszy wsiadłam na skuter i pognaliśmy uliczkami Mediolanu. Mijając auta zaciskałam tylko zęby, bo była to jedyna rzecz na jaką miałam wpływ. Z uliczki na uliczkę mój kok przybierał coraz to nowszy wygląd i na końcu naszej wycieczki na sesję całkowicie zsunął się do wysokości prawego ucha.  Zabawa z czesaniem zaczęła się od nowa.

W kronice dziwnych wydarzeń zapisałam tą sesję do udanych.  Ale gdy widzę niebieską przylegającą sukienkę przechodzi mnie dreszcz, a moje myśli błądzą przy tych wydarzeniach.

Ostatnio mój mąż wpadł na pomysł zakupu skutera. A że chłop robi mi zdjęcia na bloga, to od razu pomyślałam, że niektóre wydarzenia do nas wracają w różnych odsłonach. I choć wydarzenie to nie należy do moich ulubionych, zapewne z chęcią wybiorę się na skuterze z moim mężem na sesję zdjęciową. Tyle, że jeszcze trzeba sprawić sobie skuter…. 🙂

Najważniejsze, aby każdy z nas miał  w swoim życiu sporą dawkę La dolce vita. Oczywiście nie da się wypełnić słodkością całe życie, bo wtedy nie docenimy tej słodkości. Trzeba czasem zebrać “gorzkie plony”.

Aneta

koszula: Reserved

spodenki: Stradivarius

mokasyny: DeeZee

chusta: Orsay


Dodaj komentarz

  1. Stylizacja bardzo ładna. A tekst rewelacja. Jednym tchem to przeczytałam. Poproszę o więcej takich wpisów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Przejdź do paska narzędzi